środa, 30 października 2019

Belka na cuficie

     W sypialni na górze była, może i jest taka belka co to mówi kiedy dom wybudowali. Tam zawsze opowiadaliśmy sobie co się w ciągu dnia działo. Każdy opowiadał co chciał.
    A to że Mazur go gonił w trakcie zabawy, bo go nasze zabawy zawsze denerwowały, a to że Maniek pijany w rowie leżał albo że Hanka Władka znowu patelnią tłukła. Tej nocy jednak jako że jesień i chłodno naszło nas na straszne historie. 
    Dawidek zaczął pierwszy: - a bo ja wiecie słyszałem na strychu nad nami jak coś piszczy. Pewnie to duchy rodziny dziadka. Na pewno tam zostały ich prochy przez omyłkę i w nocy chcą z nami pogadać. No co by o nim nie mówić wprowadził klimat. My mu tylko na to, że mama mówiła, że to kuna dzieci karmi. On nam, ze kunę TIR przejechał przecież w zeszłym roku...
    Mikuś powiedział, że słyszał w środku dnia jak nad stawem dwóch chłopów gadało. W środku dnia! A nikogo tam nie było. Nie uwierzyliśmy mu, ale zauważyliśmy że od jakiegoś czasu sam tam nie chce chodzić.
    Ja jakoś nie bałam się wtedy nigdzie. Bałam się tylko, że Stary się o coś wkurzy i nas będzie lał tak jak w domu w Wawie. Straszyli mnie sąsiedzi Baba Jaga, a mama też, że włosów ze szczotki nie wolno wyrzucać na dwór bo wtedy Jaga je weźmie i zrobi Twojego sobowtóra, podmieni, a Ciebie prawdziwego zabierze i zje. Bracia zamilkli na chwilę, myśląc nad mocą tego przesądu.
    Na końcu przemówił Gabryś, jak zwykle z najlepszą historią jako najstarszy. Mowi Nam: - Gadałem z Konradem i Michałem i opowiadali mi o cmentarzu. Poszli tam kiedyś dla jaj w nocy odpalić petardy. Ciemno, zimno, a Ci odpalają na cmentarzu petardy. Nagle Konrad mówi, ze jak odpalili pierwszą to nagle posąg Jezusa się do nich tak jakby karcąco obrócił. Spojrzał się na nich tak że ciarki ich przeszły i obrócił się z powrotem. Stali tak chwilę, wycofali się z cmentarza, a potem to już biegli do domu ile sił w nogach. 
     Zapanowała wśród nas cisza. Jak to? Rzeźba na cmentarzu ożyła? Jezus był zły, że chłopaki się wygłupiali? Co On sobie pomyślał? Zezłościł się, że ich aż tak nastraszył. Od tamtego czasu bałam się cmentarzy. Dużo mnie kosztowało iść na pogrzeb, czy na Święto Zmarłych. Ciągle się bałam, że Oni tam w jakiś inny sposób żyją i wszystko widzą i słyszą. Teraz mnie to nawet pokrzepia. Niosę im znicze i wiem, że oni tam są i czekają na opowieści.

poniedziałek, 14 października 2019

Sokole oko

     Wyjątkowo jesteśmy na miejscu zimą. Oj zimy tu też ładne są, siarczyste, ale z tak czystym niebem, że całą drogę mleczną widać. Zimą jednak jak tak zimno to mniej nieco wychodziliśmy z domu. Trochę się nudziliśmy to i dla draki lubiłam podokuczać braciom, oni mi zresztą też.
    Tego wieczoru jakoś uwzięłam się na Mikusia, był łatwym celem bo jakiś niemrawy był.
- Co tak leżysz w tym łóżku? Siły nie masz co?
- Oj weź Merkidlu daj mi spokój, głowa mnie boli.
- Oj taki mały a już go głowa boli i co? Mam Ci może rosołku zrobić? - tu się z niego śmieję.
- Odczepisz się ode mnie, czy nie?
     Starych jakoś nie było w pobliżu. Dawidzuś i i Gabryś siedzieli z Nami w salonie, ale nic nie gadali, może się cieszyli, że nie im dokuczam. I tak od słowa do słowa. Mikiś z łóżeczka, ja z kanapy dogryzając. W końcu Miki nie wytrzymał.Jak mu zaczęłam udawać, że gram na flecie i śmiejąc się śpiewałam : - Trele morele! Elememe tutki Mikiś nie może, bo go boli pół dupki! To zrobił się cały czerwony, żyłka mu wyszła mu na czoło i nagle ułamał z łóżeczka kawałek beleczki, wymierzył i nim we mnie cisnął! Ja tylko zakryłam się kocem i gdy się odkryłam śpiewałam dalej. Wtedy Miki jakoś tak pobladł, przestał się wściekać i mówi mi: - Ty weź masz całą twarz we krwi. Ja na to: - Hahahahah nie trafiłeś! Co się zgrywasz?! Chciał byś trafić co?! Hahahahahahahaha! Braciszek nie wytrzymał nerwowo i z twarzą białą już jak kreda wybiegł gdzieś z pokoju z płaczem. Ja dalej się śmiejąc patrzę na resztę braci czekając na komentarze, napotykam wzrok Grubcia. Grubcio też blady nagle na twarzy mówi: - Ale Ty serio masz całą twarz we krwi. Ja: - Weź Ty też?! Co to za wkręta?! Zgadaliście się? Grubcio: - Jak nie wierzysz to dotknij twarzy dłońmi! Ja: - Ależ mnie wkręcacie, ale proszę - tu dotykam twarzy dłońmi i pokazuję mu je mówiąc - widzisz nic tu nie ma! Tylko, że jak odwracał dłonie do siebie to są całe we krwi i z nich kapie na podłogę. Wstaję nagle, szukam lustra, patrzę na swoje odbicie i serio całą twarz mam we krwi! Złość mnie ogarnia, idę szukać Mikołaja, ale że go nie znajduję to idę szukać starych, okazuje się, że byli u Pani Lucynki. Wpadam i mówię co zaszło, cały czas z tą krwią na twarzy. Trochę mnie spacer po mrozie uspokoił i mówię, że Mikiego nie ma i że trzeba go znaleźć. Matka z Panią Lucynką obmywają mi twarz i naklejają plasterek. Matka mówi: - Rana mała, ale że na czole to skóra tu bardzo ukrwiona to dlatego tak poleciało. Wracam do domu ze starymi, Miki się znalazł, wrócił do salonu. Nikt na Niego nie krzyczy, bo się zmartwiliśmy, że gdzieś poleciał w taki mróz. Mówię mu: - Dobrego cela masz! Nic się nie martw nic mi nie będzie, ale teraz to Ci mogę dokuczać do woli! Hahahha. Jakoś się uspokoił i już było ok.
     Swoją drogą naszło mnie potem, że diablo dobry był ten rzut Jego, a gdybym się nie zakryła tym kocem to bym łaziła z tym patykiem w czole chyba. Morał prosty, nie dokuczaj za mocno, bo Ci się dostanie z powrotem. A tak nieco mistycznie, to sam Diabeł chyba niósł tego patyka z taką mocą i chyba serio mam jakiegoś Anioła Stróża co mnie obronił.

piątek, 4 października 2019

Wilcze Doły, kowboje i indianki.

     Jako, że ja i Patka byłyśmy naturalnie jedynymi w miarę normalnymi dziewczynkami logiczne było to, że się przyjaźniłyśmy. Ciężko było bo tak jak pisałam ciągle kłóciłyśmy się bez powodu jak stare małżeństwo, na tym chyba polegał nasz urok.
   
     Tego poranka wszyscy mieli wolne i jakoś tak naszła nas ochota na jajecznicę z kurkami. My z Patką byłyśmy ekspertami od grzybów także od razu zaproponowałyśmy, że pójdziemy do Wilczych Dołów pozbierać i zaraz będziemy. Wilcze doły były extra. Pełno tam było tajemniczych kryjówek, dołków z grzybami i pagórków pachnących tymiankiem. Można też tam było się schować przed dorosłymi, bo tylko dzieci tam łaziły ewentualnie jak Maniek się napił to chodził tamtędy na swoje pole truskawek. w jakiś swoich tajemniczych celach. Każdy ma swoje tajemnice, my z Patką też, ale to za chwilę. Nazbierałyśmy kurek i szybko wróciłyśmy co by były na jajecznicę. Jak wróciłyśmy wszyscy Nam pogratulowali szybkich zbiorów i już po chwili zajadaliśmy się jajecznicą na maśle z kurkami. Sama radość takie danie.
     Po śniadaniu dorośli rozeszli się do swoich spraw, a dzieci do swoich. Dziś miałyśmy z Patką ochotę tylko na swoje towarzystwo. Poszłyśmy nad Potok Indian, chłopaki niestety wymyślili sobie, że są kowbojami a my złymi Indiankami, bo nie chcemy się z nimi bawić, także śledzili nas całą drogę do Potoku. Jak tam dotarłyśmy i zaczęłyśmy planować co będziemy robić to wpadli z każdej ze stron i zaczęli strzelać do nas z tych swoich pistolecików na kapiszony. My jednak zawsze byłyśmy razem w gotowości i zaczęłyśmy się na nich drzeć, że naskarżymy wszystkim. To się wystraszyli i gdzieś sobie poszli. Jak już dym po kapiszonach opadł i nastała cisza mogłyśmy  usiąść i podelektować się piękną pogodą, a naprawdę tego dnia było przyjemnie. Siedzimy tak gadamy o byle czym, śmiejemy się niezłe z nas okrutne Indianki i nagle Patka mówi: - A może my się pobawimy w kowbojki i Indianki? Pokaże Ci. I daje mi buziaka nie czekając co odpowiem. Trochę nie rozumiem co to za zabawa, ale miły ten buziak, lepszy niż ten od szalonego Robercika to i ja daję Patce buziaka. Mamy po jakieś 6/7 lat, pachniemy malinami. Jest miło i nagle bawimy się w dorosłych. Nie widzę w tym nic złego czy strasznego. Jest to po prostu miłe i bezpieczne. Jak kończymy te nasze zabawy idziemy do domu Patki. Jej mama Lucynka pyta nas: - A co wyście takie czerwone? Biegłyście? My, że: - No tak ,ciągle w biegu! I się śmiejmy. Mama Patki mówi, że musi jechać do miasta coś załatwić, Pana Rzepki nie ma to zostajemy same w domu. Patka postanawia mnie wyedukować i puszcza mi film dla dorosłych który ukryli gdzieś jej rodzice. Dużo się tam dzieje, ja to chyba tak nie umiem, no i żadna z nas nie ma siusiaka przecież. Trochę się czerwienię, ale Patka głównie się śmieje z tego filmu no to ja też. Na finał Patka mówi: - A teraz zrobimy tak jak dorośli, pokażę Ci patrz. No już nie wiem o co chodzi zupełnie, bo Patka wchodzi za szafę w salonie i na chwilę znika, słyszę tylko jak tam coś szura. Jak wychodzi w końcu trzyma flaszkę wódki w rączce i mówi: - Idę po kielonki! Nalewa Nam i mówi: - No to siup! Pijemy! Łyka szota wódki jak gdyby nigdy nic. Ja tylko powąchałam, zanurzyłam język  i się prawie zwymiotowałam. Jak Patka mnie widzi w takim stanie to się śmieje, że mieszczuch jestem. Oczy ma jakieś takie inne, cała jest czerwona. Wygląda jak Ci Panowie co chodzą jak na wietrze po wsi. Mówię, że muszę iść, bo coś tam Stary chciał.
     Idąc do domu myślę głównie o tym, że przezwała mnie słabym mieszczuchem. Nie odzywam się do Niej potem kilka dni, aż ona sama przychodzi, jak zwykle mnie udobruchała i bawimy się dalej, ale już nieco inaczej niż wcześniej.
     Czy z tego jest jakiś morał? Jedyny jaki mi przychodzi teraz do głowy, to że jak jesteśmy małe to chłopcy są śmierdzący i głupi, a zabawa w doktora z przyjaciółką to nic złego. Finalnie przynajmniej wiem już, że chłopcy nie są tacy źle.