Nie chce mi się pisać, zmęczona jestem, ale żeby pisać systematycznie ustawiłam cele na mailu i teraz mail mnie molestuje: - Pisz! PISZ!. Ja na to: - Dobra, dobra, spoko już piszę.
Podobno jak się nie chce to właśnie trzeba, zresztą żaden pismak nic wielkiego nie napisał bo mu się nie chciało... Przynajmniej tak mi gada mały głosik mojego kolegi kalendarza w głowie. No kalendarzu, wybrałam denna opowieść, Ciekawe jak z tym sobie poradzisz, swoje triki też mam.
Piękny letni dzień. Właściwie to leje się z nieba żar, ale mi to nie wadzi, lubię jak jest gorąc, można iść na lody albo co. Przyjechała do nas rodzina z Warszawy - Wój Maciora, Gruba Krycha, Pfotruś i Aga, chyba też była, ale jakoś mało ją w tym wszystkim pamiętam, ona zawsze była inna niż reszta jej wariatów, może dlatego.
W taki piękny i skwarny letni dzień jako mały animator zabaw i rozrywki zaproponowałam spacer na pola truskawek, największy okoliczny skarb. Sąsiadka zawsze pozwalała ciut podjadać zachęcałam. Pfotruś starszy brat brateczny, czy jak go tam zwał, stwierdził, że spoko. Bladawiec jak się patrzy, w pinglach z pryszczatą facjatą starszy ode mnie. Myślę sobie, no dobra jak nikt inny nie chce iść to może być i on. Będzie nas spowalniał i w ogóle mam złe przeczucia, ale gości trzeba zabawiać. Tak mówiła Babcia Stasia albo Cioteczka Darusia - gość w dom Bóg w dom.
No to biorę jełopa ze sobą, gadamy, pokazuję mu wszystko po kolei i opowiadam.
Ja: - O tutej masz Byki Mańka, lubią jak je karmić jabłkami. Chcesz spróbować?
Pfotruś: - Nie, chyba nie. To może być niebiezpieczne. Myślę: - O laboga, ale tchórz, bo co ja go tu brałam? Idziemy dalej.
Ja: - A pacz teraz tu - z dumą - To Wilcze Dołu, chodzimy tu z Patką na kurki do jajecznicy na śniadanie, bombowa sprawa, a przy tym można się pobawić w Indian.
Pfotruś: - Nie, raczej nie. Jeszcze wpadnę w jakąś dziurę i sobie krzywdę zrobię. Zresztą grzyby są trujące, skąd wiedzieć które dobre. Zmroziło mnie: - Jak to jakie zbierać? Te dobre, co on do lasu na grzyby nie chodzi? Nie fika po górkach i dołkach? - pomyślałam tylko co by go nie urazić, ale moja mina była wymowna. - No nic myślę, jak dojdziemy do truskawek to atrakcja uratowana, kto nie lubi truskawek?
Wychodzimy zza Wilczych Dołów i wreszczcie przed Nami pola, niezmierzone pola truskawek ciągnące się hen daleko. Wspaniały widok.
Ja: - Widziałeś kiedyś tyle truskawek? - tonem Pana i Zdobywcy.
Pfotruś: - W TV. To co próbujemy tych truskawek? Myślisz, że pryskane?
Ja: - Zawsze jem prosto z krzaczków i nic mi nie jest. (*dygresja, może nic mi nigdy nie było, bo nie napychałam się jak dziki). W Pfotrze zaszła jakaś przemiana i zaczął razem ze mną podjadać. Ohów i achów nie było końca... Prawie... Niestety pacan chciał więcej, a nie chciało mu się zbierać, także usiadł na miedzy i zaczął coś tam w pryszczatej głowie główkować. Rozgląda się i zauważył stary płaszcz wojskowy koło siebie. Zagląda pod Niego, a tam 6 łubianek truskawek.
Pfotruś: - Ale fart! Idealnie, ktoś zostawił na polu truskawki nazbierane i można sobie wziąć. Chodź, weźmiemy.
Ja: - Ale jaki fart?! To pewnie ktoś uzbierał i po to wróci, tu nikt takich skarbów nie zostawia, żeby se kto inny wziął.
Pfotruś: - Ale wiesz ja jestem starszy i musisz mnie słuchać po za tym jestem gościem. - cwana bestia myślę. Oponuję jeszcze trochę, ale wiem już, że niewiele wskóram. No jak starszy to starszy.
Wracamy do domu z tymi łubiankami, on je gdzieś zabiera do swojej matki Grubej Krychy i słuch po Nim ginie.
Po południu przychodzi Wiesia Baranowa i w lament, że jej ktoś truskawki ukradł co sobie nazbierała z pola i że, ktoś mnie widział jak z łubianką z pola wracam, a na pole szłam bez. Od razu złapałam buraka, niby nie moja wina, ale mogła bardziej oponować albo sobie pójść. Nagle Pfotruś pojawia się z Grubą Krychą i wszystko słyszeli, bo Gruba Krycha mówi: - Tak, to ta smarkula mojego biednego synalka namówiła, żeby ukraść Pani truskawki. Biedny tyle zjadł, że mu teraz niedobrze i muszę jechać z Nim do lekarza. I sobie poszli. Pani Wiesia mimo, iż wywęszyła podstęp, bo mnie dobrze znała miała jak to ona ochotę kogoś ukarać. Byłam tylko ja, nikt mnie nie bronił to i padło na mnie. Pani Wiesia widząc mój gniewny smutek powiedziała: - Następnym razem nie słuchaj nikogo tylko rób tak jak Ci serduszko mówi, a żebyś zapamiętała chodź teraz ze mną na pole. Popatrzę jak zbierasz truskawki dla mnie. No to poszłam, coś było w Niej takiego hmm. Była zła, ale miła jednocześnie. Nazbierałam jej dwie łubianki i mi odpuściła.
Niestety Gruba Krycha powiedziała Staremu i Matce i wszyscy uwierzyli, że jestem Diabłem wcielonym i złodziejem. Pani Wiesi już nie było, żeby coś powiedzieć, bo krowy sprowadzała z pola, żeby je wydoić. Na kilka dni później jak już sobie te mieszczuchy blade pojechali, przyszła Pani Wiesia i mimochodem coś wspomniała jak było naprawdę, ale nikt mnie nie przeprosił. Pani Wiesia tylko dała mi łubiankę truskawek, żeby mi smutno nie było.
Drodzy morał prosty - zawsze słuchajcie serduszka i tego głosiku cichego co tam szepce, on Was nie oszuka i nie zdradzi, a najczęściej Was uratuje od draki.