środa, 30 października 2019

Belka na cuficie

     W sypialni na górze była, może i jest taka belka co to mówi kiedy dom wybudowali. Tam zawsze opowiadaliśmy sobie co się w ciągu dnia działo. Każdy opowiadał co chciał.
    A to że Mazur go gonił w trakcie zabawy, bo go nasze zabawy zawsze denerwowały, a to że Maniek pijany w rowie leżał albo że Hanka Władka znowu patelnią tłukła. Tej nocy jednak jako że jesień i chłodno naszło nas na straszne historie. 
    Dawidek zaczął pierwszy: - a bo ja wiecie słyszałem na strychu nad nami jak coś piszczy. Pewnie to duchy rodziny dziadka. Na pewno tam zostały ich prochy przez omyłkę i w nocy chcą z nami pogadać. No co by o nim nie mówić wprowadził klimat. My mu tylko na to, że mama mówiła, że to kuna dzieci karmi. On nam, ze kunę TIR przejechał przecież w zeszłym roku...
    Mikuś powiedział, że słyszał w środku dnia jak nad stawem dwóch chłopów gadało. W środku dnia! A nikogo tam nie było. Nie uwierzyliśmy mu, ale zauważyliśmy że od jakiegoś czasu sam tam nie chce chodzić.
    Ja jakoś nie bałam się wtedy nigdzie. Bałam się tylko, że Stary się o coś wkurzy i nas będzie lał tak jak w domu w Wawie. Straszyli mnie sąsiedzi Baba Jaga, a mama też, że włosów ze szczotki nie wolno wyrzucać na dwór bo wtedy Jaga je weźmie i zrobi Twojego sobowtóra, podmieni, a Ciebie prawdziwego zabierze i zje. Bracia zamilkli na chwilę, myśląc nad mocą tego przesądu.
    Na końcu przemówił Gabryś, jak zwykle z najlepszą historią jako najstarszy. Mowi Nam: - Gadałem z Konradem i Michałem i opowiadali mi o cmentarzu. Poszli tam kiedyś dla jaj w nocy odpalić petardy. Ciemno, zimno, a Ci odpalają na cmentarzu petardy. Nagle Konrad mówi, ze jak odpalili pierwszą to nagle posąg Jezusa się do nich tak jakby karcąco obrócił. Spojrzał się na nich tak że ciarki ich przeszły i obrócił się z powrotem. Stali tak chwilę, wycofali się z cmentarza, a potem to już biegli do domu ile sił w nogach. 
     Zapanowała wśród nas cisza. Jak to? Rzeźba na cmentarzu ożyła? Jezus był zły, że chłopaki się wygłupiali? Co On sobie pomyślał? Zezłościł się, że ich aż tak nastraszył. Od tamtego czasu bałam się cmentarzy. Dużo mnie kosztowało iść na pogrzeb, czy na Święto Zmarłych. Ciągle się bałam, że Oni tam w jakiś inny sposób żyją i wszystko widzą i słyszą. Teraz mnie to nawet pokrzepia. Niosę im znicze i wiem, że oni tam są i czekają na opowieści.

poniedziałek, 14 października 2019

Sokole oko

     Wyjątkowo jesteśmy na miejscu zimą. Oj zimy tu też ładne są, siarczyste, ale z tak czystym niebem, że całą drogę mleczną widać. Zimą jednak jak tak zimno to mniej nieco wychodziliśmy z domu. Trochę się nudziliśmy to i dla draki lubiłam podokuczać braciom, oni mi zresztą też.
    Tego wieczoru jakoś uwzięłam się na Mikusia, był łatwym celem bo jakiś niemrawy był.
- Co tak leżysz w tym łóżku? Siły nie masz co?
- Oj weź Merkidlu daj mi spokój, głowa mnie boli.
- Oj taki mały a już go głowa boli i co? Mam Ci może rosołku zrobić? - tu się z niego śmieję.
- Odczepisz się ode mnie, czy nie?
     Starych jakoś nie było w pobliżu. Dawidzuś i i Gabryś siedzieli z Nami w salonie, ale nic nie gadali, może się cieszyli, że nie im dokuczam. I tak od słowa do słowa. Mikiś z łóżeczka, ja z kanapy dogryzając. W końcu Miki nie wytrzymał.Jak mu zaczęłam udawać, że gram na flecie i śmiejąc się śpiewałam : - Trele morele! Elememe tutki Mikiś nie może, bo go boli pół dupki! To zrobił się cały czerwony, żyłka mu wyszła mu na czoło i nagle ułamał z łóżeczka kawałek beleczki, wymierzył i nim we mnie cisnął! Ja tylko zakryłam się kocem i gdy się odkryłam śpiewałam dalej. Wtedy Miki jakoś tak pobladł, przestał się wściekać i mówi mi: - Ty weź masz całą twarz we krwi. Ja na to: - Hahahahah nie trafiłeś! Co się zgrywasz?! Chciał byś trafić co?! Hahahahahahahaha! Braciszek nie wytrzymał nerwowo i z twarzą białą już jak kreda wybiegł gdzieś z pokoju z płaczem. Ja dalej się śmiejąc patrzę na resztę braci czekając na komentarze, napotykam wzrok Grubcia. Grubcio też blady nagle na twarzy mówi: - Ale Ty serio masz całą twarz we krwi. Ja: - Weź Ty też?! Co to za wkręta?! Zgadaliście się? Grubcio: - Jak nie wierzysz to dotknij twarzy dłońmi! Ja: - Ależ mnie wkręcacie, ale proszę - tu dotykam twarzy dłońmi i pokazuję mu je mówiąc - widzisz nic tu nie ma! Tylko, że jak odwracał dłonie do siebie to są całe we krwi i z nich kapie na podłogę. Wstaję nagle, szukam lustra, patrzę na swoje odbicie i serio całą twarz mam we krwi! Złość mnie ogarnia, idę szukać Mikołaja, ale że go nie znajduję to idę szukać starych, okazuje się, że byli u Pani Lucynki. Wpadam i mówię co zaszło, cały czas z tą krwią na twarzy. Trochę mnie spacer po mrozie uspokoił i mówię, że Mikiego nie ma i że trzeba go znaleźć. Matka z Panią Lucynką obmywają mi twarz i naklejają plasterek. Matka mówi: - Rana mała, ale że na czole to skóra tu bardzo ukrwiona to dlatego tak poleciało. Wracam do domu ze starymi, Miki się znalazł, wrócił do salonu. Nikt na Niego nie krzyczy, bo się zmartwiliśmy, że gdzieś poleciał w taki mróz. Mówię mu: - Dobrego cela masz! Nic się nie martw nic mi nie będzie, ale teraz to Ci mogę dokuczać do woli! Hahahha. Jakoś się uspokoił i już było ok.
     Swoją drogą naszło mnie potem, że diablo dobry był ten rzut Jego, a gdybym się nie zakryła tym kocem to bym łaziła z tym patykiem w czole chyba. Morał prosty, nie dokuczaj za mocno, bo Ci się dostanie z powrotem. A tak nieco mistycznie, to sam Diabeł chyba niósł tego patyka z taką mocą i chyba serio mam jakiegoś Anioła Stróża co mnie obronił.

piątek, 4 października 2019

Wilcze Doły, kowboje i indianki.

     Jako, że ja i Patka byłyśmy naturalnie jedynymi w miarę normalnymi dziewczynkami logiczne było to, że się przyjaźniłyśmy. Ciężko było bo tak jak pisałam ciągle kłóciłyśmy się bez powodu jak stare małżeństwo, na tym chyba polegał nasz urok.
   
     Tego poranka wszyscy mieli wolne i jakoś tak naszła nas ochota na jajecznicę z kurkami. My z Patką byłyśmy ekspertami od grzybów także od razu zaproponowałyśmy, że pójdziemy do Wilczych Dołów pozbierać i zaraz będziemy. Wilcze doły były extra. Pełno tam było tajemniczych kryjówek, dołków z grzybami i pagórków pachnących tymiankiem. Można też tam było się schować przed dorosłymi, bo tylko dzieci tam łaziły ewentualnie jak Maniek się napił to chodził tamtędy na swoje pole truskawek. w jakiś swoich tajemniczych celach. Każdy ma swoje tajemnice, my z Patką też, ale to za chwilę. Nazbierałyśmy kurek i szybko wróciłyśmy co by były na jajecznicę. Jak wróciłyśmy wszyscy Nam pogratulowali szybkich zbiorów i już po chwili zajadaliśmy się jajecznicą na maśle z kurkami. Sama radość takie danie.
     Po śniadaniu dorośli rozeszli się do swoich spraw, a dzieci do swoich. Dziś miałyśmy z Patką ochotę tylko na swoje towarzystwo. Poszłyśmy nad Potok Indian, chłopaki niestety wymyślili sobie, że są kowbojami a my złymi Indiankami, bo nie chcemy się z nimi bawić, także śledzili nas całą drogę do Potoku. Jak tam dotarłyśmy i zaczęłyśmy planować co będziemy robić to wpadli z każdej ze stron i zaczęli strzelać do nas z tych swoich pistolecików na kapiszony. My jednak zawsze byłyśmy razem w gotowości i zaczęłyśmy się na nich drzeć, że naskarżymy wszystkim. To się wystraszyli i gdzieś sobie poszli. Jak już dym po kapiszonach opadł i nastała cisza mogłyśmy  usiąść i podelektować się piękną pogodą, a naprawdę tego dnia było przyjemnie. Siedzimy tak gadamy o byle czym, śmiejemy się niezłe z nas okrutne Indianki i nagle Patka mówi: - A może my się pobawimy w kowbojki i Indianki? Pokaże Ci. I daje mi buziaka nie czekając co odpowiem. Trochę nie rozumiem co to za zabawa, ale miły ten buziak, lepszy niż ten od szalonego Robercika to i ja daję Patce buziaka. Mamy po jakieś 6/7 lat, pachniemy malinami. Jest miło i nagle bawimy się w dorosłych. Nie widzę w tym nic złego czy strasznego. Jest to po prostu miłe i bezpieczne. Jak kończymy te nasze zabawy idziemy do domu Patki. Jej mama Lucynka pyta nas: - A co wyście takie czerwone? Biegłyście? My, że: - No tak ,ciągle w biegu! I się śmiejmy. Mama Patki mówi, że musi jechać do miasta coś załatwić, Pana Rzepki nie ma to zostajemy same w domu. Patka postanawia mnie wyedukować i puszcza mi film dla dorosłych który ukryli gdzieś jej rodzice. Dużo się tam dzieje, ja to chyba tak nie umiem, no i żadna z nas nie ma siusiaka przecież. Trochę się czerwienię, ale Patka głównie się śmieje z tego filmu no to ja też. Na finał Patka mówi: - A teraz zrobimy tak jak dorośli, pokażę Ci patrz. No już nie wiem o co chodzi zupełnie, bo Patka wchodzi za szafę w salonie i na chwilę znika, słyszę tylko jak tam coś szura. Jak wychodzi w końcu trzyma flaszkę wódki w rączce i mówi: - Idę po kielonki! Nalewa Nam i mówi: - No to siup! Pijemy! Łyka szota wódki jak gdyby nigdy nic. Ja tylko powąchałam, zanurzyłam język  i się prawie zwymiotowałam. Jak Patka mnie widzi w takim stanie to się śmieje, że mieszczuch jestem. Oczy ma jakieś takie inne, cała jest czerwona. Wygląda jak Ci Panowie co chodzą jak na wietrze po wsi. Mówię, że muszę iść, bo coś tam Stary chciał.
     Idąc do domu myślę głównie o tym, że przezwała mnie słabym mieszczuchem. Nie odzywam się do Niej potem kilka dni, aż ona sama przychodzi, jak zwykle mnie udobruchała i bawimy się dalej, ale już nieco inaczej niż wcześniej.
     Czy z tego jest jakiś morał? Jedyny jaki mi przychodzi teraz do głowy, to że jak jesteśmy małe to chłopcy są śmierdzący i głupi, a zabawa w doktora z przyjaciółką to nic złego. Finalnie przynajmniej wiem już, że chłopcy nie są tacy źle.

poniedziałek, 30 września 2019

Artystyczne kanapki w basenie

     Dobrych wspomnień z Matką mało jest z tamtego okresu, ale jest jedno wyjątkowe.

     Bardzo długo prosiliśmy Starego o wymarzony basen. Stary zawsze Nam kazał usprawiedliwiać zachcianki. No to wymyślaliśmy, że hej:
My: - Tato, bo gorąco a w takim basenie to można się miło schłodzić!
Stary: - Schłodzić to się możecie pod prysznicem.
My: - Tato, bo taki basen to świetna rozrywka, będziemy nim zajęci i nie będziemy przeszkadzać!
Stary: - A to zabaw Wam brakuje? I tak cały dzień gdzieś latacie.
My: - Tato w takim basenie jak jest woda to i ptaszki mogą się napić wody i będą Ci ładnie ćwierkać w ogrodzie!
Stary: - O! Zapomniałem im w miseczki wody dolać. To idę.
Łatwo go przekonać nie było, główkowaliśmy i główkowaliśmy jak by go tu namówić na ten basen i Mikiś podsunął Nam świetny pomysł. Mój mały braciszek niechętnie się mył, nie przepadał za tym. Uznaliśmy, że jak wszyscy przestaniemy i zrobimy strajk to Stary ulegnie. Jak wymyśliliśmy tak też zrobiliśmy.Ze 3 dni się nie myliśmy. Stary w końcu zauważył i pyta: - Co tacy brudni jak beduini? My, że: Oj, bo myć Nam się nie chce wieczorem tacy jesteśmy zmęczeni. Szyje mieliśmy całe w kurzu i w ogóle wyglądaliśmy słabo. Na zaś ciuchów też nie zmienialiśmy co by lepszy efekt był. Stary pyta: - To może się chociaż w ciągu dnia myjcie? My na to: - Ale jak taka ładna pogoda to szkoda tracić dzień na mycie, no chyba, że by basen był, to można by się kąpać na słoneczku w ciągu dnia. I zaserwowaliśmy mu nieśmiałe szelmowskie uśmiechy. Już myśleliśmy, że wygraliśmy w totka. Niestety huknął na nas, że aż strach i kazał marszem się iść umyć i ubrać w coś czystego albo jak to mawiał: - Nogi z tyłków Wam powyrywam! No z tym nie było już dyskusji. Poszliśmy ze spuszczonymi głowami się myć. Stwierdziliśmy, że jakby miał zrobić to co powiedział to już lepiej zapomnieć o tym basenie i dać spokój.
     Dwa dni później ku naszemu zdziwieniu jak wróciliśmy od Byków Mańka w naszym ogrodzie stał basen. Stary siedział dumny z siebie. Powiedział: - Załatwiłem Wam basen. Jakby nigdy nic. My dalej w szoku, niedowierzająco nieśmiało zapytaliśmy, czy możemy przetestować. Kiwnął głową i powiedział: - Wskakujcie! Od tego dnia siedzieliśmy w basenie ile się dało. Nie chcieliśmy wychodzić nawet na jedzenie. Matka widząc naszą uciechę przyszła któregoś razu jak od rana już siedzieliśmy w basenie bez śniadania z naręczem jedzonka i zaczęła Nam robić kanapki. Ależ to były piękne i wymyślne kanapki! I jakie pyszne! Mama jest artystką i potrafiła papryką, serem i ogórkiem takie rzeczy na kanapkach robić, że zjedliśmy wszystko co przyniosła, żeby tylko zobaczyć kolejne buźki, kwiatki, ptaszki i inne wizje. Piękne to było. nikt chyba nie miał takich rarytasów na świecie jak my. Artystyczne kanapki w basenie na śniadanie. Cóż za pomysł, by ktoś powiedział? I do tego jedzenie w basenie, przecież to brzuch może rozboleć. Nas brzuchy nie bolały, dobrze Nam było. Dostać basen i Matkę na chwilę z jej wyjątkowymi kanapkami tego ranka było miło.
     Morał nie tak oczywisty, ale jednak. Jak czegoś bardzo chcesz tu i teraz, to tego właśnie może nie udać Ci się osiągnąć, jednak po czasie, jak się uspokoisz i odpuścisz, pogodzisz ze stratą, to życie może Cię zaskoczyć. Często jest tak, że żeby coś się w naszym życiu zmieniło na lepsze to najpierw trzeba sobie odpuścić. Potem zmiany przychodzą "same".

Na Łowy Kuńdzio HEJ!

     Mam nastrój to piszę, bo jutro to będzie futro!

     Jak zwykle piękne popołudnie, nie jest za gorąco ani za zimno idealne. Siedzę sobie i macham nogami. W tym świetle wszystko wygląda jak by miód się rozlał. Jest leniwie i spokojnie. Kuńdzio przy mnie waruje co by mi nikt nie przeszkadzał. Przychodzą bracia i zaczynamy zabawę w Indian po krótkich ustaleniach. Kuńdzio zostaje mianowany groźnym niedźwiedziem i z ekscytacji swoją rolą bierze w pysk kamień wielkości ogromnego jabłka i go toczy, to drapie, to znowu przenosi gdzieś. Udajemy, że to Jego wilki skarb i chcemy mu go odebrać. Ganiamy się tak pohukując niczym Indianie i się śmiejemy. Kuńdzio nagle zauważył innego psa i przestał się z Nami bawić. Widocznie uznał, że teraz musi trzymać fason i pilnować swojej roli herszta okolicznych piesków. Coś przekręca głowę i nagle odbiega. My zaaferowani bawimy się dalej. Jak już się zmęczyliśmy poszliśmy do ogrodu na lemoniadę i odpocząć.
    Nagle wbiega Kuńdzio z gęsią w pysku. Główka gęsi dziwnie zwisa, widzimy, że martwa, ale jakoś nas to nie przejmuje i nie wzrusza, bo Kuńdzio tak dumny z siebie przynosi ją i Nam kładzie u stóp. Wołamy Matkę i Starego, bo się boimy nagle, że będzie draka. Ci jak przychodzą i widzą co się stało chwilę milczą, aż Matka mówi: - Będzie na rosół, podobno z gęsi wyśmienity! Śmiejemy się jak świry, ale fajnie nie ma draki, a jeszcze Matka zupę zrobi! Matka bierze gęś i ją skubie w ogrodzie z piór. Trochę to obrzydliwe, więc zaczynamy bawić się we wspinaczy i wchodzimy na jabłonę. Stary siedzi nieopodal. Nagle przybiega Pan Mazur cały czerwony na twarzy i się drze: - Ta bestia mi gęś zabiła! Zatłukę go! Nie boimy się teraz, bo jest z Nami Stary, Matka i Kuńdzio. Kuńdzio warczy na Mazura. Stary go przywołuje do siebie i wstaje. Podchodzi do Mazura, są równi wzrostem, a to wielkie chłopy tylko nasz Stary jest cały wielki, a Mazur przy nim jak patyk wygląda. Stary mu mówi: - Jak byś człowieku naprawił tę dziurę w płocie co ją zrobiłeś, żeby Toje gęsi się kąpały w naszym stawie to by nic się nie stało. Mówiłem Ci tyle razy no i się doigrałeś! masz nauczkę, napraw płot i niech mi te tu Twoje gęsi więcej nie srają do stawu! Mazura wryło. Stoi cały czerwony na gębie i coś widać jak by jeszcze nie skończył. Stary widząc to mówi: - Pójdziesz Ty stąd, czy mam Cię psem poszczuć?! Kuńdzio się zjeżył i warknął. Mazur wycofał się najpierw powoli do tyłu, a potem zaczął coraz szybciej i szybciej nawiewać, jak już kawał uszedł to Stary poszczuł na Niego Kuńdzia i jak Mazur przechodził już w tych swoich kaloszach przez dziurę w płocie gdzie zbierała się woda z potoku to się wywalił i cały wyszedł po swojej stronie w gęsich kupach i błocie. śmialiśmy się jak barany już, Kuńdzio jak wrócił dostał owacje na stojąco. Matka wstawiła gęś, a reszty dostały się Kuńdziowi w nagrodę. Gęś nie była najlepsza, ale smakowała zwycięstwem. Mazur nazajutrz zamontował kratkę w miejscu gdzie brakowało płotu, a Stary wysłał nas do Niego po świeże jajka, Mazur miał najlepsze, ale baliśmy się. Stary powiedział, że nie ma czego i żebyś my nie marudzili tylko szli po te jajka. Zostałam wytypowana, żeby gadać. Na szczęście była jego żona i sprzedała mi jajka, Mazur też był, ale jakiś taki zmęczony i machnął na nas ręką. Powiedziałam mu tylko: - Dzień Dobry Panie Mazur! Po jajka jestem. Udanego dnia! Uśmiechnął się ciut i rozchmurzył. Wracając podśpiewywaliśmy: - Pojedziemy na łów, na łów przyjacielu mój! Kuńdzio HEJ!
     Morał? Nawet największy furiat jest w stanie się zmienić, tylko trzeba go zmotywować, a to że ktoś robi coś głupiego nie znaczy, że nazajutrz nie należy mu się już szacunek.

niedziela, 29 września 2019

Łąki łan mi tu gniotą!

     Pielgrzymka przechodząca przez wieś to taki podobny moment jak przy zbiorach truskawek. Też wszyscy są jacyś tacy poruszeni i inni. Robią rzeczy, których normalnie nie robią.  Pielgrzymi w tym roku przybyli tłumie i wszędzie się kręcili i pytali, czy mogą się przespać na sianie albo co. Jedni się cieszyli jak Pani Wiesia, a innych to irytowało. Tego wieczoru po kolacji z Patką u jej may Lucynki - kolacje też robiła świetne - bawiłyśmy się koło jej domu i trochę z Patką wypatrywałam jej taty. Pojechał na wozie z koniem coś załatwić i długo nie wracał. W końcu się pojawił, ale jakoś tak dziwnie jechał. Jak już wjechał na podwórko to Pani Lucynka też wyszła, ale jako go zobaczyła to spochmurniała. Coś czułam o co chodzi. Zszedł z wozu chwiejnie, a jak zaczął rozbierać konia z tych wszystkich przyczepów i zaczepów to koń też szedł chwiejnie. Szli razem do stajni jakby bardzo wiało i się tak jakby z koniem chichrali. Pani Lucynka poszła za Nim i usłyszałyśmy jej pokrzykiwania: - Baranie gdzie Ty byłeś, tyle czasu?! nie dość, że pijany wracasz to jeszcze widać, że konia upiłeś. Z pić kim nie masz?! Coś tam dyskutowali chwilę i jak wrócili Pan Rzepka wrócił bardzo smutny, a Pani Lucynka poszła do domu. Jak nas zobaczył wyczekujące na Niego to się przywitał i zapytał jak leci. My, że: - Bardzo dobrze, pełno pielgrzymów wszędzie i fajni, i nawet na łące na górze są. I pokazujemy paluszkami gdzie. Pan Rzepka powoli powiódł za naszymi paluszkami wzrokiem i jak zobaczył o jakie miejsce chodzi to jak nagle się wściekł. Zaczął lamentować: - No co oni wyprawiają?! Na łące się rozkładają, trawę dla kóz zniszczą. Trochę nie rozumiałyśmy, przecież jak się na trawie kładziesz to nic jej potem nie jest, na następny dzień wstaje. Nauczone jednak doświadczeniem, że rolnik wie lepiej nic nie mówiłyśmy. Pan Rzepka powiedział, że musi iść na górę pogadać z proboszczem bo to nie do pomyślenia jest. Wziął nas za rączki i powiedział: - Chodźcie ze mną. Sam iść nie chcę, a trzeba to załatwić. My oczywiście dumne, że nagle jesteśmy potrzebne i to w tak ważnej sprawie dorosłych oczywiście poszłyśmy. Idąc pod górę trochę musiałyśmy ciągnąć tatę Patki, bo powoli szedł, a sprawa przecież pilna. Jak doszliśmy na górę Pan Rzepka złapał się za głowę jak zobaczył łąkę i zaczął rozglądać się za kimś do pokrzyczenia na niego, jakiś pielgrzym młody chłopak się napatoczył to zaczął na niego huczeć: - Co wy wyprawiacie?! Boga nie znacie? Całą łąkę mi zniszczycie! Kto Wam na to pozwolił?! I wtem pojawił się ni stąd ni  zowąd proboszcz, jak zwykle gruby i rumiany z pokojowym gestem - dłońmi uniesionymi do góry - i zaczął mowę: - Ależ Panie Rzepka, gdzieś pielgrzymi muszą spocząć, te nasze boże owieczki. Pan tu i tak rzadko zagląda. Pan Rzepka na to: - Panie Łąki Łan mi tu gniotą!!! kozy nie będą miały trawy, Ci tu wszystko rozniosą. Jak ja dzieci wyżywię?! I tu unosi nasze chude rączki w górę, co by zaakcentować naszą obecność, zrobiło mi się miło, że też jestem "jego dziecko". Proboszcz spochmurniał i rzekł: -  A co mnie Pan tu córkami straszysz! Tu wszyscy biedni, dam Ci stówkę i daj mnie Panie żyć i ugościć pielgrzymów! Pan Rzepka na to: Co mnie stówka jak potem na zimę trawy dla kóz nie będę miał! Zniszczą łąkę i potem nie będę miał co ususzyć kozom i zimą dać! Proboszcz się kozami zajmie?! Śmiem wątpić. Tak sobie jeszcze chwilę dyskutowali, a pielgrzymi w tym czasie patrzyli co się dzieje. Jakiś pielgrzym w końcu powiedział: - Proszę proboszcza to my pójdziemy na tyły, ja tam widziałem jeszcze jakieś miejsce było. I pielgrzymi się zebrali i poszli z namiotami i resztą tobołków. Proboszcz gniewnie się spojrzał na naszą trójkę i też się zawinął. My staliśmy chwilę w milczeniu i zaczęliśmy "stawiać trawę" na nowo. Wyglądało to dość komicznie ale i miło. Patrzyłam jak Pan Rzepka bierze trawę i delikatnie ją podnosi i gładzi, z miłością jakby. Zaczęłyśmy z Patką mu pomagać i już po chwili było lepiej. Jak Pan Rzepka to zauważył to Nam podziękował i się popłakał. Żal mi się go zrobiło. Żeby uratować trawę dla kóz tyle się musiał nadenerwować. Wzięłyśmy go za ręce teraz my i zaprowadziłyśmy do domu pochlipującego i położyłyśmy spać a Pani Lucynce opowiedziałyśmy co się stało. Pochwaliła nas, że dzielne dziewuchy jesteśmy i dała po kawałku ciasta. Wróciłam do domu jak już ciemno było i poszłam cicho spać.
     Dziwne, że czasem dorośli potrzebują pomocy dzieci, a piękne jest jak prawdziwy chłop kocha swoje plony.

Mikiś nie biegnij do mnie!

     Nie chce mi się pisać nic dziś. Zmęczona już tym jestem tyle tego. Smutno mi do tego. Coś jednak nie daje mi to spokoju, nie idą mi zabawne opowieści, bo te smutne się teraz dopominają o swoją kolej.
   
     Dziś jest taki chmurny dzień, nie jest zimno, bo to lato, ale jakoś brzydko jest. Bawiłam się rano z Patką i jej pieskami. Mikiś kochany fikał i brykał w koło nas a Sunia pilnowała nas wszystkich. Tyle pamiętam za nim się to wydarzyło. Zapomniałam coś Patce powiedzieć i wróciłam się do Niej po obiedzie. Stałam pod bramą i czekałam aż TIRy przejadą, trzeba uważać, bo Tirowcy zawsze bardzo szybko tu jadą i nic ich nikt nie obchodzi. Długo tak stałam i nagle widzę jak Mikiś nadbiega z podwórka Patki przeszczęśliwy, że wracam. W pierwszej chwili też się bardzo cieszę, ale zaraz widzę, że jedzie wielki biały TIR a Mikiś dalej do mnie biegnie, widzi tylko mnie, swoją koleżankę Marysię. Macham do Niego jak bym chciała go odepchnąć, krzyczę: - Nie biegnij do mnie Mikiś! Idź sobie! A kysz! On nic sobie z tego nie robi i wbiega prosto pod olbrzymie koło TIRa. TIR znika za zakrętem, a ja stoję. W sekundę wszystko się tak zmienia. Tyle myśli i emocji w mojej głowie. Z Mikisia od razu uszło życie, koło zmiażdżyło mu brzuszek na placek, wypłynęły wnętrzności, a na biednym pyszczku pozostało w oczkach niewyobrażalne zaskoczenie. Jak by chciał mnie zapytać: - Marysiu co się stało? Biegłem radośnie do Ciebie, a teraz mnie nie ma. Czemu mi nie pomogłaś, czemu mnie nie uratowałaś? Chciałem się tylko z Tobą pobawić. Nie jestem się w stanie ruszyć, stoję tak i stoję, aż widzi mnie z podwórka Pani Lucynka. Podchodzi, widzi co się stało. Przechodzi do mnie na drugą stronę ulicy, a ja jej tylko mówię: - Wielki biały TIR przejechał Mikisia. I zanoszę się nagle płaczem, tak wielkim, że już nic nie mogę z siebie wykrztusić po za: - To moja wina. Pani Lucynka smutna też mówi tylko: - Trzeba go stąd zabrać i powiedzieć Patce, ale będzie. Jak już opowiedziałam wszystkim co się stało, mówili, że to nie moja wina, ale zaprzeczali sobie wymyślając różne inne wersje co by oni zrobili. Ja się czułam winna, oni to czuli i też w końcu uznali, że mogłam coś więcej zrobić. Przekonałam ich o swojej winie.

     Do dziś widzę te jego oczy pełne zaskoczenia, widzę jak do mnie biegnie radosny i patrzę jak nagle na moich oczach znika życie. Życie jest czasem tak piękne i radosne, że zapiera dech, a ja się wtedy boję, że zaraz mnie TIR przejedzie i lepiej się za bardzo nie cieszyć, bo to niebezpieczne.

czwartek, 26 września 2019

Pierwszy buziak

     Poszliśmy z Mikusiem bawić się z dziećmi Elektryka, bo nie było już z kim. Rafał był nawet spoko, ale Robert straszny Diablo był i psuł wszystkie zabawy i potem były przez Niego problemy. Tego dnia czuliśmy, że będzie draka, ale zabawa dla nas była ważniejsza, a nie jakieś tam osobiste animozje. Jak przyszliśmy to Pani Wiesie akurat robiła drugie śniadanie to i Nam się dostało, kanapki ze śmietaną świeżą i cukrem na białym chlebie, pyszota. Tak pokrzepieniu poszliśmy się bawić. Biegaliśmy po podwórku za kurczakami, popatrzyliśmy na świnie co tam porabiają, przeszliśmy się do krów Pani Wiesi i pokarmić byki Pana Mańka. W końcu wpadliśmy na świetny pomysł, mianowicie, że pobawimy się w stodole na sianie. Można tam było nieźle powikać na tym sianie. Hopsaliśmy sobie wesoło i beztrosko, aż tu Rafał, mały Dzikus szepnął coś Robertowi. Wyczuliśmy z Mikim, że idą kłopoty, ale nie zdążyliśmy zareagować w czas, wymieniliśmy tylko spojrzenia, gdy wtem Robert rzucił się na Mikusia, a Rafał na mnie. Wydało mi się to być zupełnie bez sensu, Rafał był w moim wieku i łatwiej by mu było mnie pobić, a Robertowi Mikisia. Podstęp Roberta był jednak bardziej zawiły. Zaczął od tego, że rzucił mnie na siano - wykorzystał element zaskoczenia - i przyszpilił. Bardziej byłam przejęta w sumie Mikim, że co go ten Rafał tak mocno trzyma, żeby mu krzywdy nie zrobił, gdy tu nagle czuję, że ohydny Robert chce mnie swoimi ustami w moje dotknąć. Zaczęłam się mocno szarpać, ale kopnął mnie mocno w łydkę i wtedy osłabłam. Wykorzystał ten moment i dał mi pierwszego w życiu buziaka od chłopca. Wstrętny był ten całus. Pachniał z resztą jak cały Robert zjełczałym mlekiem i to ciepłym. Zrobiło mi się strasznie gorąco, wściekłam się, poczułam nagle w sobie wielką siłę. Pomyślałam: - Co za frajer jeden z drugim, zaraz się zrzygam, ale najpierw nakopię im w tyłki. Jak mu przyfansoliłam prosto w jajka to padł z tym swoim głupkowatym wyrazem twarzy na ziemię i zaczął wyć z bólu. Wstałam zamaszyście i spojrzałam się na Rafała, ten już stał bez ruchu trzymają mojego braciszka za koszulkę. Powiedziałam mu tylko: - Ty też chcesz manto? Puścił brata i się wycofał. Chciałam wyjść stamtąd, dranie zepsuli mi zapach siana, teraz zawsze będzie dziwny i niepokojący, a mleka prosto od krowy to już nigdy nie wypiję. Na odchodne rzuciłam im: - Jak Was jeszcze zobaczę to macie bęcki. Nie bawimy się już z Wami matoły. Wyszliśmy z Mikisiem ze stodoły Elektryka i poszliśmy za rączki przez podwórka do nas. Biedny Miki też się bardziej martwił o mnie niż o siebie. Co by odegnać złe wspomnienie tak jeszcze świeże, wymyśliliśmy, że pójdziemy tajniacko w porze kolacji za stodołę Elektryka i zrobimy tam pułapkę na Roberta i Rafała. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy, wykopaliśmy dołek i zakryliśmy gałązkami i liści. Jak skończyliśmy zadowoleni z efektu ciężkiej pracy przyszedł brat elektryka i też się ucieszył z naszej pracy, bo chciał za kilka dni robić kiełbasy, a my nie dość że nazbieraliśmy fajnych rzeczy do tego to jeszcze dołek zrobiliśmy. Trochę Nam ręce opadły, ale na myśl o kiełbasie od brata elektryka rozpogodziliśmy się. Obiecał Nam po kawałku.
     Bardzo dziś haotycznie, morał gdzieś mi pływa po głowie, jakiż to on miał być? No tak, pamiętaj dziewczyno, że jesteś silna i nie daj sobie tego zabrać żadnemu pacanowi.

PS
Drodzy Czytelnicy przepraszam Was, że tak dziś beznamiętnie, ale musiałam to z siebie wypluć, chyba inaczej się nie dało.

środa, 25 września 2019

Cegła, siekierka i malin pełen koszyk

     Jest piękny letni dzień. Po śniadaniu, jak prawie co dzień spotkałyśmy się z Patką co by razem psocić. Pomyślałam: - Ah ta moja najlepsza psiapsióła, w kółko się kłócimy i godzimy, jak Pan Włodek i Pani Wiesia. Dziś będzie fajnie, bo wczoraj się pogodziłyśmy i pokazała mi swoje pieski. Nazwałyśmy je Mikiś i Suka. Mikiś jest śliczny mały czarny słodziak, a Suka to jego mama w ciapki, kochana jest i milusia. Mój młodszy braciszek spytał, czy może iść z Nami, my niechętnie, bo wczoraj też poznał pieski, ale się zgodziłyśmy. Stary powiedział, że mam go pilnować. Poszliśmy razem do Potoku Indian robić szałas albo tamę, uznaliśmy, że postanowimy na miejscu jak zobaczymy ile będzie gałązek i innych takich.
     Jak już doszliśmy okazało się, że gałązek starczy tylko na tamę. Zaczęliśmy w takim razie budowę, szło pysznie. Tama wyszła piękna i rzeczywiście zatamowała strumyk. Uradowani zaczęliśmy sobie głośno gratulować i patrzeć jak woda zbiera się w zagłębieniu strumienia. Niestety nie zauważyliśmy jak Pan Mazur przechodzi przez dziurę w płocie ku Jego uciesze. Jak nas przydybał zaczął się drzeć na nas: - Barany jedne, wodę blokujecie, moje gęsi nie będą miały w czym pływać!!! Tak się wystraszyliśmy kiedy ni stąd ni zowąd go usłyszeliśmy, że zaczęliśmy zwiewać gdzie pieprz rośnie. Jako że dla każdego znaczyło to trochę co innego to braciszek nawiał w stronę domu, a my z Patką na łąkę Mańka do byków.
     Jak już tam dotarłyśmy i uspokoiłyśmy oddechy zaczęłyśmy się śmiać z Pana Mazura - bo już go nie było widać ani słychać - jaki to on głupi i te jego gęsi, że wyglądał jak strach na wróble i pacan. Dla rozrywki dałyśmy bykom trochę ich ulubionych jabłek i chichrałyśmy się jak Nam oblizywały rączki. Byki mają takie super miłe języki, trochę jak ciepły, nieco szorstki, mokry ręcznik. Od byków zebrałyśmy się przez podwórko Mańka do Patki na drugą stronę ulicy na obiad. Pani Lucynka zrobiła pyszny jak zwykle, ziemniaki, mięsko i mizeria. Lubię jej dania, zawsze coś pysznego zrobi. Po obiedzie Patka zaproponowała: - Maryś chodźmy na maliny na deser. Mówię jej: - Bombowy pomysł! Pani Lucynka, że: - Nazbierajcie i mi dziewuszki w koszyk to do ciasta będzie. No to poszłyśmy, czym prędzej, bo ciasta Pani Lucynki, jeżeli to w ogóle możliwe były jeszcze lepsze od obiadów. Patka miała wielki krzaczek malin przy starym domku Dziadka Rzepki, który stał przy samej ulicy, jej nowo wybudowany dom stał nieco w głębi. Zaczęłyśmy zbierać maliny. Nagle przypomniały mi się słowa Starego: - Pilnuj go dzisiaj! Na chwilę zrobiło mi się nieswojo, w sumie nigdy nie kazał mi go pilnować, poczułam jakieś takie jakby drapanie w głowie, jak by mi coś głosik chciał szepnąć. Odegnałam to jak muchę, bo Patka chciała żebym szybciej maliny zbierała i z Nią gadała. Gdy już uzbierałyśmy pełen koszyk pożegnałam się i poszłam do domu, bo już słońce zachodziło - wolno zbierałyśmy bo oczywiście drugi koszyk wylądował w naszych brzuszkach.
     Przeszczęśliwa wracam do domu podśpiewując sobie piosenkę własnego autorstwa podskakując zawadiacko.
          "Ja jestem Pan Malinka,
            Ja jestem Pan Jeżynka,
           Hopsa sa sa Ipsia psia psia"
     I tak śpiewająco wchodzę do domu. Wskakuję do kuchni, a tu Grubcio i Szalony Dawidziuś jacyś tacy nie w sosie. Słyszę Matkę i starego z salonu jak gorączkowo dyskutują. Obija mi się o ucho jak Matka mówi: - Żadnych lekarzy, ja się zgodzę tylko, żeby przyszła Pani Grzybkowa. Rozglądam się, patrzę na Dawidziusia, średniego brata, a ten cały sweter we krwi ma - kto nosi wełniany sweter jak tak gorąco myślę -  i do tego siekierkę w dłoni. Pytam w końcu: - Co się stało? Gdy wtem wychodzi Stary z salonu i jak mnie widzi zaczyna na mnie krzyczeć: - To przez Ciebie wszystko! Miałaś go pilnować do kurwy nędzy! Jak umrze to przez Ciebie! Gdzie Ty do cholery byłaś?! ja już płaczliwie: - Tato na malinach byłam z Patkąąą. Co się stało? Czemy Dawid jest we krwi i ma siekierę? Ojciec: - Na malinach tak?! Masz zakaz wychodzenia z Patrycją, szlajasz się z tą dziewuchą wszędzie, a młodszego brata zostawiasz na pastwę losu. Płaczę już bardzo, nic nie rozumiem, czy Miki żyje? Kto mu krzywdę zrobił? Dlaczego tata obwinia mnie? W sumie ma rację to moja wina, miałam go pilnować i o Nim zapomniałam, a teraz umrze. Stary wrócił do Matki do salonu i zamknął drzwi. Po chwili jak już przestałam tak bardzo płakać spytałam cicho Grubcia co się stało. Najstarszy brat mi opowiedział: - Dawidziuś cholerny jak zwykle się przykleił jak Miki popisywał się na rowerku przed Konradem i Mateuszem. Przyszedł debil w tym swoim sweterku z tą siekierką i zaczął się ich czepiać. Oni się zdenerwowali i zaczęli mu cisnąć, no to on pacan rzucił w nich siekierką. Uchylili się, ale Konrad wziął cegłę i rzucił nią w Dawia, ten się uchylił i cegła uderzyła Mikusia prosto w czubek głowy! Krew buchnęła wszędzie. Tamci od razu uciekli. Dawid wziął siekierę z ziemi pogroził im, wziął Mikiego pod pachę i przytroczył do domu. Od tego czasu Mikuś jest nieprzytomny.
     Teraz to już byłam pewna, że to moja wina, zaczęłam znowu płakać ze strachu, że mój ukochany braciszek umrze, bo go zostawiłam na pastwę losu. Nie pamiętam kiedy poszłam spać, czy jadłam kolację. Mikuś dwa dni był nieprzytomny. Konrad ze strachu, że zabił mi braciszka chował się całą noc w krzakach i nikt go znaleźć nie mógł. Nazajutrz Mikuś się obudził i chciał pić i zupy. Swoje blond cherubinowe złote włosy miał teraz zielone od genciany. Tak się cieszyłam, że żyje, płakałam z radości i go przepraszałam. On niewiele pamiętał. Schudł, mizernie wyglądał. Od tamtej pory staram się go nie zostawiać samego, aż do dziś. Morał z tej opowieści? Mimo, iż Cię ktoś kogo bardzo kochasz czasem irytuje miej na Niego oko - zadzwoń, napisz co jakiś czas, dbaj o ukochanych.

poniedziałek, 23 września 2019

Złodziej truskawek

     Nie chce mi się pisać, zmęczona jestem, ale żeby pisać systematycznie ustawiłam cele na mailu i teraz mail mnie molestuje: - Pisz! PISZ!. Ja na to: - Dobra, dobra, spoko już piszę.
     Podobno jak się nie chce to właśnie trzeba, zresztą żaden pismak nic wielkiego nie napisał bo mu się nie chciało... Przynajmniej tak mi gada mały głosik mojego kolegi kalendarza w głowie. No kalendarzu, wybrałam denna opowieść, Ciekawe jak z tym sobie poradzisz, swoje triki też mam.

     Piękny letni dzień. Właściwie to leje się z nieba żar, ale mi to nie wadzi, lubię jak jest gorąc, można iść na lody albo co. Przyjechała do nas rodzina z Warszawy - Wój Maciora, Gruba Krycha, Pfotruś i Aga, chyba też była, ale jakoś mało ją w tym wszystkim pamiętam, ona zawsze była inna niż reszta jej wariatów, może dlatego.
     W taki piękny i skwarny letni dzień jako mały animator zabaw i rozrywki zaproponowałam spacer na pola truskawek, największy okoliczny skarb. Sąsiadka zawsze pozwalała ciut podjadać zachęcałam. Pfotruś starszy brat brateczny, czy jak go tam zwał, stwierdził, że spoko. Bladawiec jak się patrzy, w pinglach z pryszczatą facjatą starszy ode mnie. Myślę sobie, no dobra jak nikt inny nie chce iść to może być i on. Będzie nas spowalniał i w ogóle mam złe przeczucia, ale gości trzeba zabawiać. Tak mówiła Babcia Stasia albo Cioteczka Darusia - gość w dom Bóg w dom.
     No to biorę jełopa ze sobą, gadamy, pokazuję mu wszystko po kolei i opowiadam.
Ja: - O tutej masz Byki Mańka, lubią jak je karmić jabłkami. Chcesz spróbować?
Pfotruś: - Nie, chyba nie. To może być niebiezpieczne. Myślę: - O laboga, ale tchórz, bo co ja go tu brałam? Idziemy dalej.
Ja: - A pacz teraz tu - z dumą - To Wilcze Dołu, chodzimy tu z Patką na kurki do jajecznicy na śniadanie, bombowa sprawa, a przy tym można się pobawić w Indian.
Pfotruś: - Nie, raczej nie. Jeszcze wpadnę w jakąś dziurę i sobie krzywdę zrobię. Zresztą grzyby są trujące, skąd wiedzieć które dobre. Zmroziło mnie: - Jak to jakie zbierać? Te dobre, co on do lasu na grzyby nie chodzi? Nie fika po górkach i dołkach? - pomyślałam tylko co by go nie urazić, ale moja mina była wymowna. - No nic myślę, jak dojdziemy do truskawek to atrakcja uratowana, kto nie lubi truskawek?
     Wychodzimy zza Wilczych Dołów i wreszczcie przed Nami pola, niezmierzone pola truskawek ciągnące się hen daleko. Wspaniały widok.
Ja: - Widziałeś kiedyś tyle truskawek? - tonem Pana i Zdobywcy.
Pfotruś: - W TV. To co próbujemy tych truskawek? Myślisz, że pryskane?
Ja: - Zawsze jem prosto z krzaczków i nic mi nie jest. (*dygresja, może nic mi nigdy nie było, bo nie napychałam się jak dziki). W Pfotrze zaszła jakaś przemiana i zaczął razem ze mną podjadać. Ohów i achów nie było końca... Prawie... Niestety pacan chciał więcej, a nie chciało mu się zbierać, także usiadł na miedzy i zaczął coś tam w pryszczatej głowie główkować. Rozgląda się i zauważył stary płaszcz wojskowy koło siebie. Zagląda pod Niego, a tam 6 łubianek truskawek.
Pfotruś: - Ale fart! Idealnie, ktoś zostawił na polu truskawki nazbierane i można sobie wziąć. Chodź, weźmiemy.
Ja: - Ale jaki fart?! To pewnie ktoś uzbierał i po to wróci, tu nikt takich skarbów nie zostawia, żeby se kto inny wziął.
Pfotruś: - Ale wiesz ja jestem starszy i musisz mnie słuchać po za tym jestem gościem. - cwana bestia myślę. Oponuję jeszcze trochę, ale wiem już, że niewiele wskóram. No jak starszy to starszy.
     Wracamy do domu z tymi łubiankami, on je gdzieś zabiera do swojej matki Grubej Krychy i słuch po Nim ginie.
     Po południu przychodzi Wiesia Baranowa i w lament, że jej ktoś truskawki ukradł co sobie nazbierała z pola i że, ktoś mnie widział jak z łubianką z pola wracam, a na pole szłam bez. Od razu złapałam buraka, niby nie moja wina, ale mogła bardziej oponować albo sobie pójść. Nagle Pfotruś pojawia się z Grubą Krychą i wszystko słyszeli, bo Gruba Krycha mówi: - Tak, to ta smarkula mojego biednego synalka namówiła, żeby ukraść Pani truskawki. Biedny tyle zjadł, że mu teraz niedobrze i muszę jechać z Nim do lekarza. I sobie poszli. Pani Wiesia mimo, iż wywęszyła podstęp, bo mnie dobrze znała miała jak to ona ochotę kogoś ukarać. Byłam tylko ja, nikt mnie nie bronił to i padło na mnie. Pani Wiesia widząc mój gniewny smutek powiedziała: - Następnym razem nie słuchaj nikogo tylko rób tak jak Ci serduszko mówi, a żebyś zapamiętała chodź teraz ze mną na pole. Popatrzę jak zbierasz truskawki dla mnie. No to poszłam, coś było w Niej takiego hmm. Była zła, ale miła jednocześnie. Nazbierałam jej dwie łubianki i mi odpuściła.
     Niestety Gruba Krycha powiedziała Staremu i Matce i wszyscy uwierzyli, że jestem Diabłem wcielonym i złodziejem. Pani Wiesi już nie było, żeby coś powiedzieć, bo krowy sprowadzała z pola, żeby je wydoić. Na kilka dni później jak już sobie te mieszczuchy blade pojechali, przyszła Pani Wiesia i mimochodem coś wspomniała jak było naprawdę, ale nikt mnie nie przeprosił. Pani Wiesia tylko dała mi łubiankę truskawek, żeby mi smutno nie było.
    Drodzy morał prosty - zawsze słuchajcie serduszka i tego głosiku cichego co tam szepce, on Was nie oszuka i nie zdradzi, a najczęściej Was uratuje od draki.

sobota, 21 września 2019

Traktor na gwoździa

     Czas zbierania truskawek we wsi zawsze był bardzo ważny, czuć było u wszystkich poruszenie.
     Środek lata, piękna pogodna, ale nerwy niektórym puszczały. Biedny Maniek miał tyle tych truskawek, że żeśmy mu się zaoferowali do roboty. Tak, żeśmy to sobie wykombinowali, że za łubiankę na głowę to będzie uczciwie. Takie tam kasztaniackie dziecięce interesy. Żal Nam było Mańka, tyle tych byków miał, kaczek i innych takich. Zawsze wydawał się być bardzo zajęty i nieco nieobecny i jeszcze jego Matka Czarownica ciągle na Niego krzyczała. Jakieś miłe kuzynki przyjechały pomagać także w ogóle był to pyszny pomysł. Fajnie się z Nimi gadało, miały dużo ciekawych porad, na przykład jak zmienić kolor dżinsów.
     Jako takie dobre pomocne dzieci pojechaliśmy z Mańkiem traktorem z samego rana i kuzynkami na pole za łąką i Wilczymi Dołami. Tam Nas Maniek zostawił i powiedział, że koło południa wróci, bo się wtedy już zbierać nie da taki skwar. Ochoczo jak to my zabraliśmy się do roboty, fajna zabawa takie zbieranie truskawek, a kuzynki Mańka miały dużo pomocnych wskazówek jak to robić szybko i co robić, żeby się nie nudzić. Można było podjadać, no bo trzeba przecież sprawdzić, czy dobre. Jak zauważyłam, że mam pół koszyka, a one już każda po dwa odłożyły na pakę to już tak nie podjadałam, tylko zbierałam. Bracia w między czasie się znudzili i poszli. Do południa udało Nam się sporo uzbierać. Czas na fajrant, bo strasznie piekło już. Maniek jakoś nie przychodził. I nie przychodził... I dalej nie przychodził. Kuzynka poszła sprawdzić co z Nim i okazało się z jej ustaleń, że: - Baran jeden, nawalił się, leży i śpi pod płotem. Obudzić się go nie dało, a nie wiem gdzie klucze zostawił. Pijus jeden i pacan. Rozbawiło mnie to, ale czułam też że coś jest nie tak. Niewiele rozumiałam. Pijus na wsi to taki dziadek  Włodek co go Pani Wiesia wali patelnią po głowie jak chwiejnie wraca do domu, i tłucze go tak aż do rowu wpadnie i go tak zostawia. Ci Panowie pili takie coś, że potem dziwny zapach mieli i chodzili jak na wietrze, płakali albo się głośno śmiali i klepali Panie po pupach. No nic, później się ogarnie o co z tym chodzi. Teraz coś trzeba było zrobić z truskawkami, bo zgniją. Kuzynka coś napomknęła, że najlepiej od razu na skup zawieźć, była tak uprzejma i mi wyjaśniła na czym to polega: - Zawozisz truskawki tak jakby do sklepu i taki Pan je kupuje i daje Ci pieniążki. Tobie damy też, będzie na loda albo oranżadę. Mi w to graj, ale miałyśmy problem, bo kluczyka nie ma. Nagle eureka, kuzynka mówi, żeby gwoździem odpalić, kiedyś widziała jak ktoś tak zrobił. No to szukamy, znalazłam pierwsza i z dumą pokazałam, że mam! Pochwaliły mnie wzięły gwoździa i kombinują. Chwilę to trwało, ale że byłam pewna, że się uda to i się udało. Wiwaty, oklaski rozbrzmiały na polu razem z rzężeniem starego traktora. Dziewczyny dały mi siąść z Nimi na przedzie. Bombowo, przejażdżka traktorem, lepsze to niż jakieś tam samochody i jakie widoki. Przejechałyśmy jakiś cudem przez Wilcze Doły, a potem poszło gładko. Pomogłam otworzyć im bramę i pojechałyśmy na skup. Sprzedałyśmy truskawki i dostałam swoją działkę na lody i do tego truskawki. Żal mi  tylko Mańka było, pewnie dostał tego dnia patelnią po głowie od jakieś Pani, mimo iż żony nie miał.

Morał taki, żeby się nie poddawać. Może być ciężko, ale na końcu zawsze czeka nagroda.

Burza z piorunami

     Trudna to będzie opowieść. Smutna, straszna i prawdziwa. Nie napiszę tego chyba w kilka minut. Pozbieram się chwilę niczym sójka za morze. Ktoś by mógł zapytać to po co? Człowieku, a bo ja wiem? Czuję tylko, że tak trzeba. Jak się bardzo dobrze i wyraźnie pamięta, a nie ma nic śmiesznego jest trudniej.

     Jestem małym słodkim kasztanem rozrabiaką, bawię się na podwórku. Coś wisi w powietrzu. Myślę: - Zbiera się na burzę, fajosko będzie można iść na ganek z braciochem i pooglądać pioruny, może nawet się w końcu trafi kulisty, ten z opowiadań cioci Darii. Ależ by było bombowo. Rozglądam się za braciszkiem, ale go nie ma na dworze. Pewnie siedzi już i grzeje miejsca na seans. To idę, bo zaczyna już grzmieć. Wchodzę po schodach, otwieram drzwi, a tu Stary kłóci się o coś z Matką. Stoję jak wryta. Nie przypominam sobie, żeby kiedyś się tak kłócili. Czuję, że weszłam w jakąś mroczną bańkę, ale nie mogę się wyrwać. Stoję i słucham. Strasznie krzyczy, ona też i płacze. Widzę, że się boi, ale z  jakiegoś powodu nie przestaje krzyczeć i podchodzi do Niego. Tak strasznie krzyczą i nagle ten wielki chłop łapię tą maleńką Matkę i rzuca Nią jak szmacianą lalką o kaloryfer. Słyszę trzask, jakby ktoś workiem kamieni rzucił. Matka długo nie wstaje, aż nagle się podnosi. Zbiera się z podłogi, widzę, że ją boli. Uświadamiam sobie, że mnie nie widzą gdy przechodzi obok mnie w szlafroku, zapłakana, półprzytomna i wybiega gdzieś w tą piękną, przerażającą burzę. Stoję tak jak kołek, strasznie się boję, jest mi zimno.
     Stary nagle mnie zauważa i przez chwilę patrzy na mnie tymi oczami pełnymi piorunów. Teraz to jest mi już lodowato. Patrzymy tak na siebie w milczeniu przez chwilę. On mrozi wzrokiem, ja nagle tracę kontakt z czymkolwiek. Chowam się, zamykam w sobie, znikam. On odchodzi do kuchni. Stoję tak jeszcze chwilę jak słup soli. Idę w końcu na górę i siadam na ganku gdzie nikogo nie ma. Patrzę jak wichura kładzie topole na ulicę, a pioruny walą wszędzie dookoła, aż szyby dzwonią, a cały ganek się rusza. Nie przeszkadza mi to, bo mnie już tam nie ma. Jest już ktoś inny, pusty.

     Z tej opowieści morału na razie nie mam.

czwartek, 19 września 2019

Film u Mańka

      Pewnego jesiennego wieczoru około Halloween poprosiliśmy Starego, czy możemy iść do Mańka na film. Ktoś obczaił w gazetce, że będzie horror "ale dla dzieci". Stary się zgodził. Maniek mimo, iż rolnik i prosty, dobry człowiek miał telewizor, a my nie, a że z jakiegoś powodu bardzo nas wszystkich lubił pozwolił Nam się rozgościć u siebie w salonie i obejrzeć horror dla młodzieży.
Rozpalił w piecu kaflowym, siadł z Nami i zaczęliśmy oglądać. Seans czas rozpocząć - Drodzy przed Wami "Wiedźmy", reż. Nicolas'a Roeg'a z 1990r.
     Biedne kasztany nie wiedzieliśmy co nas czeka, Maniek zresztą też.
     Jak to w strasznych filmach zwykle bywa na początku nie było nawet tak źle. Wszyscy się podśmiewując, przecież nikt tu się niczego nie boi: - Hahaha huhuhu. Tylko jakoś po paru minutach Maniek nieco niepewnym głosem, pyta: - Czy Wy na pewno chcecie to oglądać? My na to że: - No tak - nieco już niepewni. Kurcze czemu Maniek o takie rzeczy pyta? Może jest się jednak czego bać... Patrzymy na Niego, on na nas i mówimy: - Nie, no oglądamy, co tam może być takiego. Maniek mówi z nieco szklistym wzrokiem: - Dobrze, ale ja idę spać, bo rano byki muszę wyprowadzić i psu jeść dać i kaczki... My nie czekając na to co z tymi kaczkami na to: - Nie ma problemu, my tu sobie będziemy grzecznie oglądać, cichutko.
     Maniek położył się na łóżku w pokoju gdzie był telewizor i piec kaflowy bo tak cieplej, co nas nieco podniosło na duchu. Oglądamy dalej. Rzeczywiście siedzimy grzecznie, cicho niczym trusie. Jak już doszło do momentu kulminacji w filmie, jak te Wiedźmy zaczęły pokazywać swoje prawdziwe, paskudne oblicza to ktoś poprosił, żeby może już iść do domu: - Bbooo ciemno już bardzo, Maniek śpi i nas nie odprowadzi... i w ogóle trochę straszno. Nikt jakoś nie negował za bardzo tego pomysłu, więc zaczęliśmy się zbierać.
     Matko... W tej totalnej ciszy jaka potrafi być tylko na wsi, gdzie słychać każdy tyci dźwięk, szliśmy powoli, ostrożnie, cichuteńko, aż jak ktoś tu nagle coś tam usłyszał, wydało mu się, czy nie, nikt się tam nie zastanawiał. Ruszyliśmy jak torpedy, jakby nas sam Dioboł z Babą Jagą Świętokrzyską gnał i chciał porwać na Łysą górę i zjeść, czy co tam oni robią. Kto ostatni i nie nadążał to płakał. wył jak opętany i biegł ile sił w płucach. Do domu wbiegaliśmy tak, że mało drzwi nie wywaliliśmy, a do łóżek wszyscy chyba poszli spać w ubraniach i w jednym pokoju... Na zaś. Jak już się ciut uspokoiliśmy to doszliśmy do wniosku, że jak by jednak po nas przyszli, to łatwiej się w grupie bronić.
     To był piękny zimny nastrojowy wieczór. Pełen śmiechu i strachu. Ciężko było usnąć, ale jak już zasnęliśmy to snem niewinnych.
     A morał? Jak masz ochotę na horror, nawet ten dla dzieci, to rób to w swoim domu z najbliższymi, a jak się za bardzo boisz to nie oglądaj, tylko weź się za komedie albo melodramat, czy coś.




Misja z Żabami

     Pewnego słonecznego dnia Stary po śniadaniu poprosił nas żeby nanieść żab do stawu za domem, co by bociany miały co jeść. Jak tak sobie o tym teraz myślę, to musiał mieć nas dosyć albo byliśmy bardzo znudzeni i zrzędziliśmy.
     Misja żeby ogarnąć żaby dla bocianów wydała Nam się być  oczywiście świetna. Każdy wie, że bociek przy domu przynosi szczęście. Ochoczo zebraliśmy wszystkie dostępne wiadra i miski. Daleko nie trzeba było iść, wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy na łąkę koło Rzepków. Łąka była nieco podmokła i zawsze tam było pełno tego tałatajstwa.
     Wesoło zaczęliśmy zbierać wszystko co się rusza i jest zielone oraz oślizgłe. Świetnie się przy tym bawiliśmy. Ubaw był setny. Wtedy jakoś mnie to nie brzydziło - łapanie żab w ręce. Jak już uzbieraliśmy dwa wiadra i miskę, co nie było łatwe, bo cholerstwa wyskakiwały co i rusz zebraliśmy się z powrotem. Poszliśmy od razu do stawu, żeby wrzucić żaby i potem pokazać Staremu wyniki naszej ciężkiej pracy, co by nas pochwalił za inicjatywę. Szast prast i wszystkie wylądowały w stawie... Jakież było nasze zdziwienie, gdy część  zaczęła uciekać w popłochu, mimo naszej gorącej namowy żeby zostały, a część się topiła i umierała. Nie wiedzieliśmy, że ropuchy nie pływają, że w tych wiadrach mogło im się coś stać. Jako niewinne głupiutkie dzieci nie pomyśleliśmy, że możemy im zrobić krzywdę.
     Ktoś powiedział: - Biedne żaby. Inny ktoś: - Debilu to ropuchy. Inny  jeszcze ktoś: - Jesteśmy mordercami, Stary się wkurzy. Ostatni ktoś się chyba popłakał ze smutku za żabami i strachu przed karą.
     To wszystko my Dzika Horda. Ktoś uciekł, inny ktoś poszedł się przyznać co zrobiliśmy Staremu.
Smutny to był dzień, beztroski i bezmyślny. Bardzo ładny i ciepły, ale smutny.
Jak szliśmy spać to już trochę się z tego podśmiewaliśmy, ale było ciężko, bo gardła z żalu przytkane.
     Morał z tego taki, że jak żaby chcą to same przyjdą, a bociek sobie poradzi.

Świniopies i wełniany sweter

     Znowu bezsenna noc. Klawiatura mi szwankuje i ciężko mi się pisze. Mam mętlik w głowie.

     Zacznijmy od początku.
     Słońce zachodzi. Stoimy na polu Mańka. Byki poszły już do obory spać. Zachód jakby specjalnie taki piękny tylko dla nas. Nasza Dzika Horda patrzy jak Kuńdzio w oddali ściga Świniopsa. Jesteśmy szczęśliwi, śmiejemy się z naszego postrachu okolicy pewni, że bydlak się już więcej w okolicy nie pojawi. Nasz Kuńdzio już da mu do wiwatu.
     Kuńdzio wraca zadowolony z siebie, ale jak widzi nas tak bardzo uradowanych to szaleje razem z Nami z radości.
     Spadamy do domu na kolację w poczuciu bezpieczeństwa i spełnienia.

      To sen, czy jawa? A może pomieszane wspomnienia, ale Świniopies był i został wykurzony. Nigdy już nie wrócił. 
     Morał, jak to przy opowiastce wypadało by żeby się pojawił mamy taki, że dobrze jest mieć kogoś kto Cię obroni i będzie się z Tobą cieszył z każdej draki.

      Kolejna klisza z głowy.

       Jesteśmy całą rodziną na spacerze. Dzień wydaje się być pochmurny i niezachęcający, ale dla mnie jest to świetny dzień. Mało nie eksploduje z radości. Chodzimy, gadamy, śmiejemy się. Polujemy na jagody w drodze na Skałę, zawsze nazywaliśmy ją Łysą Górą Czarownic, bo po zmierzchu się tam nie chodzi, gdyż Baba Jaga albo Diaboł Cię złapie i porwie, a potem obedrze ze skóry i zje. Na szczycie Krzyż, co by czarownice miały wkoło czego tańcować. Pięknie jest, wrzosy w niewiarygodnym kolorze, a w nich brzęczą owady.
     Schodzimy, jak już pisałam dzień był pochmurny, kto chodzi po górach ten wie, że wtedy szlak śliski. Gabryś idąc poślizgnął się, cały się umoczył i pobrudził. Ależ mieliśmy ubaw, a jemu było zimno i morko. Stary się zlitował i dał mu wełniany sweter do włożenia zamiast spodni. No jak go zobaczyliśmy w tym wdzianku to już pękaliśmy ze śmiechu, między nogami dyndał mu kołnierz. Biedaczysko pewnie nie wiedział co gorsze - mokre spodnie na dupsku, czy wełniany sweter i nasze śmiechy. Po chwili jednak jak już zaczęliśmy iść do domu i się przyzwyczailiśmy do Jego nowego stroju znowu żartowaliśmy z tego co dookoła. Ponownie zrobiło się miło. Nieco już zmęczeni i zmarźnięci wróciliśmy do domu, gdzie był rozgrzany piec kaflowy na którym można było ugotować coś niewiarygodnie rozgrzewającego. Ktoś coś ugotował. Pewnie Stary jakąś dobrą zupę.

To był dobry dzień. Rześki, zabawny, a na koniec senno-ciepły.
Wskazówka - zawsze miej ze sobą zapasowy wełniany sweter albo ciepłe spodnie jak idziesz w góry.

W głowie buzuje nadal. Przypomniała mi się misja z żabami, ale to może już następnym razem.