Znowu bezsenna noc. Klawiatura mi szwankuje i ciężko mi się pisze. Mam mętlik w głowie.
Zacznijmy od początku.
Słońce
zachodzi. Stoimy na polu Mańka. Byki poszły już do obory spać. Zachód jakby specjalnie taki piękny tylko dla nas. Nasza Dzika Horda patrzy jak Kuńdzio w oddali ściga
Świniopsa. Jesteśmy szczęśliwi, śmiejemy się z naszego postrachu okolicy
pewni, że bydlak się już więcej w okolicy nie pojawi. Nasz Kuńdzio już
da mu do wiwatu.
Kuńdzio wraca zadowolony z siebie, ale jak widzi nas tak bardzo uradowanych to szaleje razem z Nami z radości.
Spadamy do domu na kolację w poczuciu bezpieczeństwa i spełnienia.
To sen, czy jawa? A może pomieszane wspomnienia, ale Świniopies był i został wykurzony. Nigdy już nie wrócił.
Morał, jak to przy opowiastce wypadało by żeby się pojawił mamy taki, że dobrze jest mieć kogoś kto Cię obroni i będzie się z Tobą cieszył z każdej draki.
Kolejna klisza z głowy.
Jesteśmy
całą rodziną na spacerze. Dzień wydaje się być pochmurny i
niezachęcający, ale dla mnie jest to świetny dzień. Mało nie eksploduje z
radości. Chodzimy, gadamy, śmiejemy się. Polujemy na jagody w drodze na
Skałę, zawsze nazywaliśmy ją Łysą Górą Czarownic, bo po zmierzchu się tam
nie chodzi, gdyż Baba Jaga albo Diaboł Cię złapie i porwie, a potem obedrze ze skóry i zje. Na szczycie
Krzyż, co by czarownice miały wkoło czego tańcować. Pięknie jest, wrzosy
w niewiarygodnym kolorze, a w nich brzęczą owady.
Schodzimy,
jak już pisałam dzień był pochmurny, kto chodzi po górach ten wie, że
wtedy szlak śliski. Gabryś idąc poślizgnął się, cały się umoczył i
pobrudził. Ależ mieliśmy ubaw, a jemu było zimno i morko. Stary się
zlitował i dał mu wełniany sweter do włożenia zamiast spodni. No jak go
zobaczyliśmy w tym wdzianku to już pękaliśmy ze śmiechu, między nogami dyndał mu kołnierz. Biedaczysko
pewnie nie wiedział co gorsze - mokre spodnie na dupsku, czy wełniany
sweter i nasze śmiechy. Po chwili jednak jak już zaczęliśmy iść do domu i się przyzwyczailiśmy
do Jego nowego stroju znowu żartowaliśmy z tego co dookoła. Ponownie
zrobiło się miło. Nieco już zmęczeni i zmarźnięci wróciliśmy do domu,
gdzie był rozgrzany piec kaflowy na którym można było ugotować coś
niewiarygodnie rozgrzewającego. Ktoś coś ugotował. Pewnie Stary jakąś dobrą zupę.
To był dobry dzień. Rześki, zabawny, a na koniec senno-ciepły.
Wskazówka - zawsze miej ze sobą zapasowy wełniany sweter albo ciepłe spodnie jak idziesz w góry.
W głowie buzuje nadal. Przypomniała mi się misja z żabami, ale to może już następnym razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz