Pielgrzymka przechodząca przez wieś to taki podobny moment jak przy zbiorach truskawek. Też wszyscy są jacyś tacy poruszeni i inni. Robią rzeczy, których normalnie nie robią. Pielgrzymi w tym roku przybyli tłumie i wszędzie się kręcili i pytali,
czy mogą się przespać na sianie albo co. Jedni się cieszyli jak Pani
Wiesia, a innych to irytowało. Tego wieczoru po kolacji z Patką u jej may Lucynki - kolacje też robiła świetne - bawiłyśmy się koło jej domu i trochę z Patką wypatrywałam jej taty. Pojechał na wozie z koniem coś załatwić i długo nie wracał. W końcu się pojawił, ale jakoś tak dziwnie jechał. Jak już wjechał na podwórko to Pani Lucynka też wyszła, ale jako go zobaczyła to spochmurniała. Coś czułam o co chodzi. Zszedł z wozu chwiejnie, a jak zaczął rozbierać konia z tych wszystkich przyczepów i zaczepów to koń też szedł chwiejnie. Szli razem do stajni jakby bardzo wiało i się tak jakby z koniem chichrali. Pani Lucynka poszła za Nim i usłyszałyśmy jej pokrzykiwania: - Baranie gdzie Ty byłeś, tyle czasu?! nie dość, że pijany wracasz to jeszcze widać, że konia upiłeś. Z pić kim nie masz?! Coś tam dyskutowali chwilę i jak wrócili Pan Rzepka wrócił bardzo smutny, a Pani Lucynka poszła do domu. Jak nas zobaczył wyczekujące na Niego to się przywitał i zapytał jak leci. My, że: - Bardzo dobrze, pełno pielgrzymów wszędzie i fajni, i nawet na łące na górze są. I pokazujemy paluszkami gdzie. Pan Rzepka powoli powiódł za naszymi paluszkami wzrokiem i jak zobaczył o jakie miejsce chodzi to jak nagle się wściekł. Zaczął lamentować: - No co oni wyprawiają?! Na łące się rozkładają, trawę dla kóz zniszczą. Trochę nie rozumiałyśmy, przecież jak się na trawie kładziesz to nic jej potem nie jest, na następny dzień wstaje. Nauczone jednak doświadczeniem, że rolnik wie lepiej nic nie mówiłyśmy. Pan Rzepka powiedział, że musi iść na górę pogadać z proboszczem bo to nie do pomyślenia jest. Wziął nas za rączki i powiedział: - Chodźcie ze mną. Sam iść nie chcę, a trzeba to załatwić. My oczywiście dumne, że nagle jesteśmy potrzebne i to w tak ważnej sprawie dorosłych oczywiście poszłyśmy. Idąc pod górę trochę musiałyśmy ciągnąć tatę Patki, bo powoli szedł, a sprawa przecież pilna. Jak doszliśmy na górę Pan Rzepka złapał się za głowę jak zobaczył łąkę i zaczął rozglądać się za kimś do pokrzyczenia na niego, jakiś pielgrzym młody chłopak się napatoczył to zaczął na niego huczeć: - Co wy wyprawiacie?! Boga nie znacie? Całą łąkę mi zniszczycie! Kto Wam na to pozwolił?! I wtem pojawił się ni stąd ni zowąd proboszcz, jak zwykle gruby i rumiany z pokojowym gestem - dłońmi uniesionymi do góry - i zaczął mowę: - Ależ Panie Rzepka, gdzieś pielgrzymi muszą spocząć, te nasze boże owieczki. Pan tu i tak rzadko zagląda. Pan Rzepka na to: - Panie Łąki Łan mi tu gniotą!!! kozy nie będą miały trawy, Ci tu wszystko rozniosą. Jak ja dzieci wyżywię?! I tu unosi nasze chude rączki w górę, co by zaakcentować naszą obecność, zrobiło mi się miło, że też jestem "jego dziecko". Proboszcz spochmurniał i rzekł: - A co mnie Pan tu córkami straszysz! Tu wszyscy biedni, dam Ci stówkę i daj mnie Panie żyć i ugościć pielgrzymów! Pan Rzepka na to: Co mnie stówka jak potem na zimę trawy dla kóz nie będę miał! Zniszczą łąkę i potem nie będę miał co ususzyć kozom i zimą dać! Proboszcz się kozami zajmie?! Śmiem wątpić. Tak sobie jeszcze chwilę dyskutowali, a pielgrzymi w tym czasie patrzyli co się dzieje. Jakiś pielgrzym w końcu powiedział: - Proszę proboszcza to my pójdziemy na tyły, ja tam widziałem jeszcze jakieś miejsce było. I pielgrzymi się zebrali i poszli z namiotami i resztą tobołków. Proboszcz gniewnie się spojrzał na naszą trójkę i też się zawinął. My staliśmy chwilę w milczeniu i zaczęliśmy "stawiać trawę" na nowo. Wyglądało to dość komicznie ale i miło. Patrzyłam jak Pan Rzepka bierze trawę i delikatnie ją podnosi i gładzi, z miłością jakby. Zaczęłyśmy z Patką mu pomagać i już po chwili było lepiej. Jak Pan Rzepka to zauważył to Nam podziękował i się popłakał. Żal mi się go zrobiło. Żeby uratować trawę dla kóz tyle się musiał nadenerwować. Wzięłyśmy go za ręce teraz my i zaprowadziłyśmy do domu pochlipującego i położyłyśmy spać a Pani Lucynce opowiedziałyśmy co się stało. Pochwaliła nas, że dzielne dziewuchy jesteśmy i dała po kawałku ciasta. Wróciłam do domu jak już ciemno było i poszłam cicho spać.
Dziwne, że czasem dorośli potrzebują pomocy dzieci, a piękne jest jak prawdziwy chłop kocha swoje plony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz