Jest piękny letni dzień. Po śniadaniu, jak prawie co dzień spotkałyśmy się z Patką co by razem psocić. Pomyślałam: - Ah ta moja najlepsza psiapsióła, w kółko się kłócimy i godzimy, jak Pan Włodek i Pani Wiesia. Dziś będzie fajnie, bo wczoraj się pogodziłyśmy i pokazała mi swoje pieski. Nazwałyśmy je Mikiś i Suka. Mikiś jest śliczny mały czarny słodziak, a Suka to jego mama w ciapki, kochana jest i milusia. Mój młodszy braciszek spytał, czy może iść z Nami, my niechętnie, bo wczoraj też poznał pieski, ale się zgodziłyśmy. Stary powiedział, że mam go pilnować. Poszliśmy razem do Potoku Indian robić szałas albo tamę, uznaliśmy, że postanowimy na miejscu jak zobaczymy ile będzie gałązek i innych takich.
Jak już doszliśmy okazało się, że gałązek starczy tylko na tamę. Zaczęliśmy w takim razie budowę, szło pysznie. Tama wyszła piękna i rzeczywiście zatamowała strumyk. Uradowani zaczęliśmy sobie głośno gratulować i patrzeć jak woda zbiera się w zagłębieniu strumienia. Niestety nie zauważyliśmy jak Pan Mazur przechodzi przez dziurę w płocie ku Jego uciesze. Jak nas przydybał zaczął się drzeć na nas: - Barany jedne, wodę blokujecie, moje gęsi nie będą miały w czym pływać!!! Tak się wystraszyliśmy kiedy ni stąd ni zowąd go usłyszeliśmy, że zaczęliśmy zwiewać gdzie pieprz rośnie. Jako że dla każdego znaczyło to trochę co innego to braciszek nawiał w stronę domu, a my z Patką na łąkę Mańka do byków.
Jak już tam dotarłyśmy i uspokoiłyśmy oddechy zaczęłyśmy się śmiać z Pana Mazura - bo już go nie było widać ani słychać - jaki to on głupi i te jego gęsi, że wyglądał jak strach na wróble i pacan. Dla rozrywki dałyśmy bykom trochę ich ulubionych jabłek i chichrałyśmy się jak Nam oblizywały rączki. Byki mają takie super miłe języki, trochę jak ciepły, nieco szorstki, mokry ręcznik. Od byków zebrałyśmy się przez podwórko Mańka do Patki na drugą stronę ulicy na obiad. Pani Lucynka zrobiła pyszny jak zwykle, ziemniaki, mięsko i mizeria. Lubię jej dania, zawsze coś pysznego zrobi. Po obiedzie Patka zaproponowała: - Maryś chodźmy na maliny na deser. Mówię jej: - Bombowy pomysł! Pani Lucynka, że: - Nazbierajcie i mi dziewuszki w koszyk to do ciasta będzie. No to poszłyśmy, czym prędzej, bo ciasta Pani Lucynki, jeżeli to w ogóle możliwe były jeszcze lepsze od obiadów. Patka miała wielki krzaczek malin przy starym domku Dziadka Rzepki, który stał przy samej ulicy, jej nowo wybudowany dom stał nieco w głębi. Zaczęłyśmy zbierać maliny. Nagle przypomniały mi się słowa Starego: - Pilnuj go dzisiaj! Na chwilę zrobiło mi się nieswojo, w sumie nigdy nie kazał mi go pilnować, poczułam jakieś takie jakby drapanie w głowie, jak by mi coś głosik chciał szepnąć. Odegnałam to jak muchę, bo Patka chciała żebym szybciej maliny zbierała i z Nią gadała. Gdy już uzbierałyśmy pełen koszyk pożegnałam się i poszłam do domu, bo już słońce zachodziło - wolno zbierałyśmy bo oczywiście drugi koszyk wylądował w naszych brzuszkach.
Przeszczęśliwa wracam do domu podśpiewując sobie piosenkę własnego autorstwa podskakując zawadiacko.
"Ja jestem Pan Malinka,
Ja jestem Pan Jeżynka,
Hopsa sa sa Ipsia psia psia"
I tak śpiewająco wchodzę do domu. Wskakuję do kuchni, a tu Grubcio i Szalony Dawidziuś jacyś tacy nie w sosie. Słyszę Matkę i starego z salonu jak gorączkowo dyskutują. Obija mi się o ucho jak Matka mówi: - Żadnych lekarzy, ja się zgodzę tylko, żeby przyszła Pani Grzybkowa. Rozglądam się, patrzę na Dawidziusia, średniego brata, a ten cały sweter we krwi ma - kto nosi wełniany sweter jak tak gorąco myślę - i do tego siekierkę w dłoni. Pytam w końcu: - Co się stało? Gdy wtem wychodzi Stary z salonu i jak mnie widzi zaczyna na mnie krzyczeć: - To przez Ciebie wszystko! Miałaś go pilnować do kurwy nędzy! Jak umrze to przez Ciebie! Gdzie Ty do cholery byłaś?! ja już płaczliwie: - Tato na malinach byłam z Patkąąą. Co się stało? Czemy Dawid jest we krwi i ma siekierę? Ojciec: - Na malinach tak?! Masz zakaz wychodzenia z Patrycją, szlajasz się z tą dziewuchą wszędzie, a młodszego brata zostawiasz na pastwę losu. Płaczę już bardzo, nic nie rozumiem, czy Miki żyje? Kto mu krzywdę zrobił? Dlaczego tata obwinia mnie? W sumie ma rację to moja wina, miałam go pilnować i o Nim zapomniałam, a teraz umrze. Stary wrócił do Matki do salonu i zamknął drzwi. Po chwili jak już przestałam tak bardzo płakać spytałam cicho Grubcia co się stało. Najstarszy brat mi opowiedział: - Dawidziuś cholerny jak zwykle się przykleił jak Miki popisywał się na rowerku przed Konradem i Mateuszem. Przyszedł debil w tym swoim sweterku z tą siekierką i zaczął się ich czepiać. Oni się zdenerwowali i zaczęli mu cisnąć, no to on pacan rzucił w nich siekierką. Uchylili się, ale Konrad wziął cegłę i rzucił nią w Dawia, ten się uchylił i cegła uderzyła Mikusia prosto w czubek głowy! Krew buchnęła wszędzie. Tamci od razu uciekli. Dawid wziął siekierę z ziemi pogroził im, wziął Mikiego pod pachę i przytroczył do domu. Od tego czasu Mikuś jest nieprzytomny.
Teraz to już byłam pewna, że to moja wina, zaczęłam znowu płakać ze strachu, że mój ukochany braciszek umrze, bo go zostawiłam na pastwę losu. Nie pamiętam kiedy poszłam spać, czy jadłam kolację. Mikuś dwa dni był nieprzytomny. Konrad ze strachu, że zabił mi braciszka chował się całą noc w krzakach i nikt go znaleźć nie mógł. Nazajutrz Mikuś się obudził i chciał pić i zupy. Swoje blond cherubinowe złote włosy miał teraz zielone od genciany. Tak się cieszyłam, że żyje, płakałam z radości i go przepraszałam. On niewiele pamiętał. Schudł, mizernie wyglądał. Od tamtej pory staram się go nie zostawiać samego, aż do dziś. Morał z tej opowieści? Mimo, iż Cię ktoś kogo bardzo kochasz czasem irytuje miej na Niego oko - zadzwoń, napisz co jakiś czas, dbaj o ukochanych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz