Pewnego słonecznego dnia Stary po śniadaniu poprosił nas żeby nanieść żab do stawu za domem, co by bociany miały co jeść. Jak tak sobie o tym teraz myślę, to musiał mieć nas dosyć albo byliśmy bardzo znudzeni i zrzędziliśmy.
Misja żeby ogarnąć żaby dla bocianów wydała Nam się być oczywiście świetna. Każdy wie, że bociek przy domu przynosi szczęście. Ochoczo zebraliśmy wszystkie dostępne wiadra i miski. Daleko nie trzeba było iść, wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy na łąkę koło Rzepków. Łąka była nieco podmokła i zawsze tam było pełno tego tałatajstwa.
Wesoło zaczęliśmy zbierać wszystko co się rusza i jest zielone oraz oślizgłe. Świetnie się przy tym bawiliśmy. Ubaw był setny. Wtedy jakoś mnie to nie brzydziło - łapanie żab w ręce. Jak już uzbieraliśmy dwa wiadra i miskę, co nie było łatwe, bo cholerstwa wyskakiwały co i rusz zebraliśmy się z powrotem. Poszliśmy od razu do stawu, żeby wrzucić żaby i potem pokazać Staremu wyniki naszej ciężkiej pracy, co by nas pochwalił za inicjatywę. Szast prast i wszystkie wylądowały w stawie... Jakież było nasze zdziwienie, gdy część zaczęła uciekać w popłochu, mimo naszej gorącej namowy żeby zostały, a część się topiła i umierała. Nie wiedzieliśmy, że ropuchy nie pływają, że w tych wiadrach mogło im się coś stać. Jako niewinne głupiutkie dzieci nie pomyśleliśmy, że możemy im zrobić krzywdę.
Ktoś powiedział: - Biedne żaby. Inny ktoś: - Debilu to ropuchy. Inny jeszcze ktoś: - Jesteśmy mordercami, Stary się wkurzy. Ostatni ktoś się chyba popłakał ze smutku za żabami i strachu przed karą.
To wszystko my Dzika Horda. Ktoś uciekł, inny ktoś poszedł się przyznać co zrobiliśmy Staremu.
Smutny to był dzień, beztroski i bezmyślny. Bardzo ładny i ciepły, ale smutny.
Jak szliśmy spać to już trochę się z tego podśmiewaliśmy, ale było ciężko, bo gardła z żalu przytkane.
Morał z tego taki, że jak żaby chcą to same przyjdą, a bociek sobie poradzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz